Chora służba zdrowia czyli o „leczeniu” objawów

 

W dzisiejszych czasach nikt nie zastanawia się nad prawdziwą istotą obecnej „służby zdrowia”, a szkoda. Choroby to normalka, tabletki do końca życia – też normalka. Cukrzyca, choroby tarczycy, nadciśnienie, alergie, rak i wiele innych chorób są na porządku dziennym i nikogo to nie dziwi. Mamy obecnie tak zaawansowane techniki oraz lekarzy, że o nic naprawdę nie musimy się martwić. Od czego mamy specjalistów, których powstaje coraz więcej i do każdej choroby można przypisać  jakiegoś lekarza specjalistę, a powstaje ich coraz więcej bo przecież i chorób przybywa, ale i aptek i leków i szczepień  i sprzętów także przybywa.

 

 

Zaraz, zaraz, coś tu jest nielogiczne. Skoro medycyna osiąga szczyty swoich możliwości to niech mi ktoś wyjaśni czemu przybywa chorych zamiast zdrowych?

 

A te tabletki, które grzecznie zażywamy bo lekarz kazał, to czemu nie leczą? Czujemy się po nich niby lepiej, ale wciąż jesteśmy chorzy bo przecież po zdiagnozowaniu nas przez (a jakże!) specjalistę, że od dziś jesteśmy cukrzykami, alergikami, haszimotkami, nadciśnieniowcami, to pomimo brania piguł, nadal tak o sobie mówimy czyż nie? Mówimy: jestem alergikiem – muszę brać leki. Jestem cukrzykiem – muszę brać leki!. A na co te leki?

 

Gdy komuś coś dolega to idzie na wizytę do lekarza, a ten zwykle przepisuje jakieś tabletki  lub antybiotyk i  z głowy. To znaczy pacjent z głowy, bo dolegliwości za jakiś czas powracają, w dodatku nasilone, więc wraca do doktorka, żeby mu pomógł, wiadomo. Tu już sprawa jest poważna, zleca on zatem  podstawowe badania –  żeby nie było. A nuż coś wylezie.  Wylazło czy nie wylazło, na tym etapie doktor, znaczy lekarz, jaki on tam doktor, skończył studia medyczne, ale jakby nie może nam już pomóc więc wypisuje skierowanie do specjalisty. Wypisywanie jako umiejętność wychodzi tym Państwu po studiach zdecydowanie najlepiej. Umiejętność wypisywania idąca w ilość bardzo się opłaca – w końcu trzeba sobie dorobić bo jak tu żyć za takie niegodziwe płace. Wypisywanie, zwłaszcza recept to coś co lekarze lubią najbardziej


Ale wróćmy do pacjenta nieboraka, który z wiarą i nadzieją wyczekuje w bólach na lekarza specjalistę. Gdy już nadszedł sądny dzień, okazuje się, że trzeba porobić kilka dodatkowych badań, ale nie tracąc cennego czasu i okazji, dobrze by było przepisać kilka specyfików by zażywać już od teraz, na zaś. Nieboraczek wychodzi z plikiem recept na bardzo zaawansowane i naprawdę dobre leki i niestety nie tanie, ale na zdrowiu się nie oszczędza, to jasne, i gna w te pędy to apteki. (Co za szczęście, że jest tak blisko!)

 

Gdy drogie leki nie pomagają, czas na grubsze działo – wizytę prywatną. Jedną, drugą, kolejną. I kolejne badania, tym razem płatne, kolejne leki, syropki, cuda. Wreszcie zabieg, i jeszcze jeden. (Wycinanie wszystkiego nasza kochana medycyna też uwielbia).

Stop!

 

A teraz pytanie: czy któryś z tych jakże uczonych ludzi próbował poznać przyczynę? Czy ktokolwiek z nich zapytał o tryb życia pacjenta, o charakter pracy, o choroby i zabiegi z dzieciństwa? Nie! Bo im taka informacja wcale nie jest potrzebna, bo taka informacja nie pasuje do procedury. Bo skoro jest chory to trzeba go leczyć, leczyć i leczyć – aż do śmierci. Lekarze i leki mają leczyć! Koniec kropka. A czy leczy się choroby, objawy czy pacjenta?Przychodzi pacjent do lekarza bo ma pryszcze, a drugi alergię, a trzeci astmę, a czwarty wrzody, a piąty raka, a szósty nadciśnienie, siódmy depresję, a enty cokolwiek sobie wymyślisz. Więc pryszczaty  pójdzie do dermatologa, a alergik do alergologa i tak dalej. (Pominę tu kwestię tego, że zarówno pryszczaty jak  i alergik powinni pójść do gastrologa bo przyczyną są najpewniej uszkodzone jelita, ale gastrolog jakby nie zajmuje się skórą więc to nie jego działka, chociaż rzeczywiście jego, ale on o tym nie wie!) A przecież ci wszyscy pacjenci pracowali na swoje choroby (pewnie nieświadomie) swoim trybem życia. Swoją dietą, swoim lenistwem, a ponad to swoją ignorancją! Tak, tak, biedaku, sam sobie na chorobę zapracowałeś. Nie potrzebujesz lekarzy specjalistów, drogich badań, leków i zabiegów. Jedyne czego potrzebujesz to zajrzeć  w swoje jelita bo to stamtąd biorą się prawie wszystkie choroby. Tam szukaj swoich przyczyn i jeszcze w sercu. Twój organizm woła o pomoc pokazując Ci to w najróżniejszy sposób – sypie Ci się to co masz najsłabsze: tylko tyle i aż tyle musisz wiedzieć o swojej chorobie!

 

To co najbardziej razi w tej tragedii to właśnie ignorancja! Wolimy ufać naukowcom, lekarzom, ekspertom, gazetom, telewizji, sąsiadce, wszystkim byle samemu nie myśleć, byle nie drążyć. (tutaj także o tym pisałam). Wszak nie skończyliśmy studiów medycznych więc takie rozważania byłyby bezowocne. A dieta? Jem normalnie – powiesz, czyli schabowe z ziemniaczkami i zasmażką z boczusia, chlebek z wędlinką, paróweczki, płatki z mleczkiem, serki, jogurciki czasem, herbatkę z cukrem, lubię colę, papieroska, skubnąć jakiś słodycz, i makdonald się trafi i ciasto z kremem też nie raz. Czyli jem wszystko – wyjaśnisz. Trzeba się cieszyć życiem, a nie tam katować jakąś trawą. I tak właśnie rośnie ignorancja, a wraz z nią choroba, a raczej choroby.

 

Ta smutna historia ma jednak morał i kończy się jak bajka: dobro wygrywa. Pozytywni  bohaterowie zmieniwszy tryb życia przeszli na dobą stronę mocy i żyli długo i szczęśliwie. Ci zaś, którzy woleli trwać w kłamstwie i nie zmienili swoich przekonań – wybrali iluzję chorej „służby zdrowia”.

WSPARCIE BLOGA TUTAJ

4 thoughts on “Chora służba zdrowia czyli o „leczeniu” objawów”

  1. Pingback: Jaga - misja pobudka

  2. Pingback: Jaga - misja pobudka

  3. Pingback: Jaga - misja pobudka

  4. Pingback: Jaga - misja pobudka

Dodaj komentarz